Archiwum kategorii: Ekonomia

Recepta na kryzys: Hayek czy Keynes?

Nie ulega wątpliwości, że zarówno Friedrich von Hayek jak i John M. Keynes to wielcy ekonomiści XX wieku. Ich poglądy miały i nadal  mają duży wpływ na podejmowanie decyzji gospodarczych w wielu krajach. Hayek był wybitnym przedstawicielem austryjackiej teorii ekonomii, zwolennikiem liberalnej doktryny gospodarczej.  Z kolei Keynes był zwolennikiem interwencjonalizmu państwowego, czyli w przeciwieństwie do Hayka popierał bezpośrednie interwencje państwa w rynek.

Obaj ekonomiści źródła kryzysów upatrywali, najogólniej ujmując, w nadmiernym zadłużeniu. Jednak każdy z nich przedstawił całkiem odmienne, wręcz kontrastowe, teorie radzenia sobie z zaistniałym kryzysem. Hayek uważał, że aby uzdrowić gospodarkę należy zmniejszać inwestycje i zwiększać oszczędności, a z kolei Keynes był zwolennikiem zwiększania wydatków, konsumpcji i zmniejszania oszczędności. Ze względu na moje liberalne poglądy i postulat ograniczania ingerencji władz państwowych w gospodarkę jestem zdania, iż to Keynes bardziej się mylił. W poniższych argumentach postaram się udowodnić moją tezę.

Według Hayka państwo powinno powstrzymywać się od nadmiernego stymulowania gospodarki bo może to wywołać długotrwałe załamanie gospodarcze. Zadaniem państwa, według tego ekonomisty, powinno być przede wszystkim kontrolowanie podaży pieniądza i prowadzenie neutralnej, odpolitycznionej polityki pieniężnej, w tym utrzymywanie odpowiednio wysokiej stopy procentowej. Państwo nie powinno dopuszczać do sytuacji w której banki udzielają zbyt dużej ilości kredytów. Powoduje to bowiem zwiększanie produkcji dóbr inwestycyjnych, a w rezultacie niedobór dóbr konsumpcyjnych i wzrost inflacji, który doprowadza do wzrostu stóp procentowych i niedokończenia procesów inwestycyjnych, co prowadzi do recesji. Mechanizm ten był widoczny w czasie kryzysu w USA, który miał miejsce od 2001 r. Zastosowanie teorii Hayeka dotyczącej utrzymania w ryzach polityki pieniężnej mogłoby złagodzić skutki kryzysu.

Kolejnym argumentem przemawiającym za teorią Hayeka są mniej szkodliwe dla gospodarki metody walki z kryzysem Ekonomista ten uważał, że władze powinny powstrzymywać się od interwencjonizmu i pozwolić nieefektywnym podmiotom gospodarczym upaść, respektując zasady wolnego rynku. Skutkiem tego jest samooczyszczenie się gospodarki. Nie można usprawiedliwiać zwiększania wydatków publicznych keynesowską teorią stymulowania popytu bo może to doprowadzić do kryzysu zadłużeniowego państwa, w wyniku niemożności spłacania przez nie długów, jak to ma miejsce obecnie np. w Hiszpanii. Warto w tym miejscu także zauważyć, że keynesowskie interwencjonistyczne działania państwowe wywołują inflację, która zmniejsza dochód rozporządzalny podmiotów gospodarczych.

Ostatnim moim argumentem potwierdzającym wyższość teorii Hayeka nad teorią Keynesa jest fakt, iż warunki funkcjonowania gospodarek krajów od czasów opublikowania tej drugiej teorii zmieniły się na tyle, że została ona zdezaktualizowana. Obecnie bowiem, w wyniku postępującej globalizacji, gospodarki krajów są od siebie bardzo zależne. Podejmowanie więc przez państwo działań interwencjonistycznych, o ile skuteczne byłoby w okresie Wielkiego Kryzysu, ma aktualnie niewielki sens. Poniesione przez państwo wydatki na rzecz pobudzenia koniunktury w dzisiejszych czasach często okazują się bezcelowe – na gospodarki wpływają bowiem w dużej mierze czynniki zewnętrzne (egzogeniczne), które niwelują pożądany przez władze efekt. Przykładem nieskuteczności działań interwencjonistycznych jest obecny kryzys w strefie euro, wywołany między innymi przez nadmierne zadłużenie państw, które nie przyczyniło się do poprawy sytuacji gospodarczej. Być może dzięki ograniczaniu wydatków budżetowych w Polsce w ostatnich latach i ścisłemu trzymaniu się ustawowych limitów zadłużenia, kryzys gospodarczy nie jest odczuwalny w naszym kraju tak mocno jak w innych krajach Unii Europejskiej.

Podsumowując przedstawione wyżej argumenty uważam, że w dzisiejszych czasach bardziej racjonalna wydaje się teoria Hayeka i patrząc z tej perspektywy, bardziej mylił się Keynes. Z drugiej jednak strony teorie Keynesa nie są bezpodstawne i nie należy ich całkowicie odrzucać. Warto na przykład, idąc za Keynesem, pobudzać konsumpcję w okresie spowolnienia gospodarczego, ale nie robić tego poprzez zwiększanie wydatków państwa, ale poprzez zapobieganie pesymizmowi społeczeństwa i próbę przekonania go do nieograniczania wydatków, co z pewnością złagodziłoby skutki spowolnienia.

Rynek inwestycji emocjonalnych w Polsce

W II kwartale 2012 roku oszczędności, czyli nieskonsumowana cześć dochodu rozporządzalnego[1] polskich gospodarstw domowych wyniosły 1 bln zł[2]. W dobie spowolnienia gospodarczego główną formą ich alokacji były bezpieczne, jednak oferujące niską stopę zwrotu, bankowe konta oszczędnościowe[3]. Najmniejszym zainteresowaniem Polaków cieszą się opcje, kontrakty futures czy inwestycje alternatywne. Warto jednak zwrócić szczególną uwagę polskich inwestorów na te ostatnie, a zwłaszcza na należące do nich inwestycje emocjonalne. Dlaczego? Nawet w dobie zawirowań gospodarczych zapewniają one, cenione przez Polaków, bezpieczeństwo i często kilkunastokrotnie wyższe zyski niż konta oszczędnościowe, a ponadto pozwalają na dywersyfikację portfela inwestycyjnego. Czym więc są inwestycje emocjonalne i co sprawia, że są tak wyjątkowe? Są to niefinansowe produkty alternatywne, których wartość zależy od ich unikalności, dostępności i walorów: estetycznych, zapachowych czy smakowych, jest więc zazwyczaj niezależna od bieżącej koniunktury makroekonomicznej czy sytuacji na rynkach finansowych[4]. Do grupy inwestycji emocjonalnych zaliczają się inwestycje w sztukę, whisky, wino i przedmioty kolekcjonerskie (m.in. stare samochody, stare książki czy pocztówki). Słowo „emocjonalne” w nazwie wiąże się z tym, iż o wartości tych aktywów decydują indywidualne odczucia. Choć same inwestycje powinny być emocjonalnie obojętne, to jednak wielu zaawansowanych w temacie inwestorów wiąże z nimi swoje hobby, zainteresowania i uczucia. Ta tendencja dotyczy przede wszystkim inwestycji w wino, whisky i sztukę – są to tzw. inwestycje w pasje (investments of passion). Celem niniejszego artykułu jest przybliżenie inwestycji emocjonalnych polskim inwestorom, jak i udowodnienie, że są to inwestycje z wysokim potencjałem osiągania zysków.

1. Inwestycje w sztukę

Inwestowanie w sztukę oznacza zamierzone połączenie walorów estetycznych z ryzykiem w tworzeniu dochodu. Sztuka obejmuje wiele obszarów, inwestować można więc w nie tylko w malarstwo, ale też w rysunek, grafikę, rzeźbę, czy fotografię, samodzielnie lub za pośrednictwem instytucji zajmujących się inwestowaniem na rynku sztuki. Przedmioty będące obiektem inwestycji odznaczają się najczęściej niską płynnością. Inwestowanie na rynku sztuki ma charakter długoterminowy, co oznacza okres 5-7 lat. Wymaga ono profesjonalnej, interdyscyplinarnej wiedzy, chociaż nawet  inwestycje eksperta obarczone są ryzykiem straty ze względu na trudności w uzyskaniu informacji na temat historycznych stóp zwrotu, nieprzewidywalność zmian mody, gustów, a przez to trudności z prognozowaniem stóp zwrotu oraz brak uniwersalnych regulacji dotyczących kształtowania się cen przedmiotów obrotu. Na wartość danego dzieła wpływają bowiem głównie jego jakość, autentyczność, popularność artysty, który je stworzył, zmiana gustów kupujących i wycena ekspertów.

Polski rynek sztuki jest rynkiem stosunkowo małym i młodym, funkcjonującym właściwie od 1991 r. Wykształcił się on po transformacji ustrojowej i znajduje się we wczesnej fazie rozwoju. Krajowy rynek sztuki jest równocześnie rynkiem dynamicznie się rozwijającym – tempo wzrostu jego wartości w 2011 r. wyniosło 16,8%, a w pierwszej połowie 2012 r. rynek osiągnął bezprecedensowy 90% wzrost w porównaniu do I półrocza poprzedniego roku. W związku z tym prognozuje się, iż rok 2012 zakończy się przy obrotach rzędu 70 – 80 mln PLN. Systematycznie rośnie też liczba zawieranych transakcji, która w 2012 r. wyniosła 2480 wobec 2024 w roku poprzednim. Wzrosty te tłumaczyć można przede wszystkim zwiększeniem zainteresowania polskiego społeczeństwa nabywaniem dzieł sztuki[5]. W 2011 r. obroty na polskich aukcjach oscylowały w granicach 40-60 mln PLN[6]. To jednak bardzo niewiele w porównaniu do wartości obrotów na rynku światowym, która w 2011 r. roku osiągnęła rekordową wysokość 36,6 mld PLN[7]. Cały polski rynek sztuki wart jest około 300 mln PLN[8], a światowy – 55 mld USD[9]. Najwięcej dzieł w Polsce sprzedaje się w Warszawie – około 95% wartości obrotu na całym rynku[10].
Rozpowszechnianiem sztuki w Polsce zajmują się przede wszystkim domy aukcyjne i to głównie na podstawie ich kondycji finansowej i obrotów ocenia się rynek sztuki. Największe z nich to Desa Unicum, Rempex i Agra-Art[11]. Inwestycji można dokonywać także kupując dzieła w galerii sztuki czy na aukcji internetowej lub korzystając z pośrednictwa funduszu inwestycyjnego czy banku. Różnorodne możliwości inwestycyjne na rynku sztuki w Polsce oferują obecnie takie spółki, jak: Stilnovisti, Wealth Solutions i Dom Aukcyjny Abbey House SA. Ten ostatni jest współwłaścicielem jedynego w Polsce funduszu zamkniętego Abbey Art Fund, który w ponad rok od założenia uzyskał 11% zysku. W 2012 r. ma w nim udział łącznie 45 inwestorów, którzy złożyli do funduszu łącznie 4 mln PLN. W porównaniu z funduszami zagranicznymi Abbey Art Fund jest funduszem niewielkim – np. amerykański fundusz Collectors Fund jest wart 20 mln USD i osiąga przeciętnie 28,5% zysku rocznie[12]. Ciekawą ofertę inwestycji na rynku sztuki proponuje też Wealth Solutions. Za minimum 50 tys. PLN (plus prowizje) można kupić udziały w pięcioletnim funduszu celowym, który 70-80% środków inwestuje w zagraniczne dzieła uznanych klasyków, a pozostałe 20-30% w dzieła polskich malarzy współczesnych. Spółka zachęca do inwestycji faktem, iż średnia stopa zwrotu dla sześcioletnich inwestycji w światowy indeks sztuki Mei Moses All Art Index wyniosła w okresie 60 lat 111,8%[13]. Jeżeli chodzi o inwestycje na rynku sztuki za pośrednictwem banków to oferują one usługi dla najbogatszych (z majątkiem co najmniej 1 mln PLN), w ramach bankowości prywatnej (tzw. art banking). Te oferty, wciąż we wczesnym stadium rozwoju w porównaniu z zagranicą, znaleźć można m.in. w ofercie banków Noble Bank, Pekao SA, czy w Banku Zachodnim WBK. Usługi art banking polegają na stworzeniu dla klienta strategii inwestycyjnej na rynku sztuki w oparciu o jego preferencje (decyzje inwestycyjne podejmuje ostatecznie klient), czy ubezpieczaniu, przechowywaniu i obsłudze logistycznej zakupu i sprzedaży dzieł.
Najpopularniejszym i najbardziej rozwiniętym segmentem polskiego rynku sztuki jest malarstwo (analogicznie jak na światowym rynku sztuki) i rysunek, stanowiące odpowiednio 72% i 19,6% obrotów polskiego rynku aukcyjnego[14]. Pozostałe dziedziny sztuki odgrywają marginalne znaczenie na polskim rynku – grafika stanowi 2,2% jego wartości, a rzeźba zaledwie 1%[15]. Rynek grafiki jest rynkiem niewielkim, ale stabilnym. Co roku na aukcjach sprzedawanych jest w granicach 520-590 grafik za łączną sumę od 0,9 do 1,3 mln PLN[16]. Rzeźba pozostaje na naszym rynku sztuki segmentem niedocenionym, chociaż na rynku światowym odgrywa równie ważną rolę co malarstwo i rysunek. Być może wynika to z faktu, iż na krajowych aukcjach rzadko pojawiają się cenne obiekty. Na aukcjach sprzedaje się średnio 80-120 dzieł rzeźbiarskich rocznie, a suma sprzedaży oscyluje w granicach 0,7-1,3 mln PLN[17]. Najpopularniejsi artyści na polskim rynku aukcyjnym to przedstawiciele malarstwa współczesnego: Nikifor Krynicki, Wlastimil Hofman i Jerzy Nowosielski (wg danych za 1. półrocze 2012). Na potrzeby polskiego rynku można podzielić rynek sztuk pięknych na rynek sztuki dawnej (powstałej do 1945 r.), rynek sztuki współczesnej (powstałej w latach 1945-1989) oraz rynek sztuki najnowszej (powstałej po 1989 r.).

Inwestycje w sztukę powszechnie uważane są w naszym kraju za inwestycje zarezerwowane wyłącznie dla osób zamożnych. Tymczasem według danych opracowanych przez Dom Aukcyjny Abbey House[18] od 2011 r. ponad 45% zawieranych na polskim rynku sztuki transakcji aukcyjnych to zakupy prac artystów nie przekraczających kwoty 2 tysięcy PLN (dotyczy to prac malarskich i prac na papierze). Do 2009 r. Polacy najczęściej licytowali jednak droższe prace, których cena wahała się między 2 tys. a 10 tys. PLN[19]. Najważniejszą przyczyną zmiany struktury przedziałów cenowych kupowanych przez inwestorów dzieł sztuki jest fakt, iż Polacy najchętniej kupują dzieła młodych artystów (43% liczby wszystkich transakcji), czyli sztukę najnowszą – tańszą i bardziej dostępną. Być może ta popularność wynika z faktu, iż choć obarczona wysokim ryzykiem (nieukształtowana i niepewna pozycja rynkowa młodego twórcy) sztuka ta daje perspektywę osiągnięcia stosunkowo szybkiego i nawet kilkusetkrotnego zysku. Przeciętna cena dzieł z tego segmentu wynosi obecnie ok. 1500 PLN (dynamicznie rośnie jednak odsetek prac sprzedanych za ponad 5 tys. PLN), podczas gdy ogólna przeciętna cena malarstwa wynosi ok. 13,5 tys. PLN[20]. Dla porównania, jeszcze w I połowie 2008 r. średnia cena obrazu w Polsce wynosiła około 31,5 tys. PLN, a dominującym segmentem rynku (60% liczby wszystkich transakcji na rynku) była, gwarantująca bezpieczeństwo lokaty kapitału i pewny zysk, sztuka dawna[21]. W I połowie 2012 r. średnia cena prac w tym segmencie wynosiła 40,9 tys. PLN, z czego wynika, iż dzieła z tej grupy są przeciętnie 26 razy droższe niż dzieła z najpopularniejszego segmentu sztuki młodej. W przypadku sztuki powojennej średnia cena dzieła wyniosła 17,1 tys. PLN. Chociaż zmieniła się struktura sprzedaży sztuki i jej dostępność, to najwyższe transakcje i rekordy cenowe padają za prace artystów doskonale znanych, należących do dawnej sztuki polskiej, przede wszystkim w malarstwie i to ten segment rynku ma największy udział w jego obrotach (63%). Najdroższym wylicytowanym obiektem na polskich aukcjach był XIX wieczny obraz „Rozbitek” Henryka Siemiradzkiego (2,13 mln PLN) wylicytowany w 2000 r. Nieporównywalnie więcej trzeba było zapłacić za najdroższy wylicytowany obraz na rynku światowym – blisko 120 mln USD kosztował „Krzyk” Edwarda Muncha. Jednak takie dzieła oraz koszty ich utrzymania są wysoce kapitałochłonne, więc na te inwestycje mogą pozwolić sobie tylko najbogatsi. Mimo, iż zmniejszyła się bariera wejścia na najpopularniejszy rynek malarstwa, to w innych segmentach sztuki się zwiększyła – ceny rysunków są najwyższe od 1992 r. i wynoszą średnio 12,5 tys. PLN. Jednak ceny tych dzieł, stworzonych przez znanych artystów, są często kilkukrotnie niższe niż ceny obrazów – np., aby stać się właścicielem szkicu Jacka Malczewskiego wystarczy około 2 tys. PLN.

Nie ulega wątpliwości, że zarówno na światowym, jak i na polskim rynku sztuki można osiągnąć duże zyski. W I półroczu 2012 r. w Polsce średnia roczna stopa zwrotu wyniosła 9,4% dla prac trzymanych powyżej roku i 11% dla prac trzymanych powyżej 2 lat. Inwestycje średnioterminowe są jednak najbardziej ryzykowne – jest to grupa, gdzie występuje najwięcej strat. Najwyższe zyski przynosi najstabilniejsza inwestycja długoterminowa. Inwestorzy, którzy przechowywali swoje nabytki powyżej 15 lat, zarobili średnio 47% rocznie. Najwyższe stopy zwrotu przyniosło malarstwo (11,7%) oraz sztuka dawna (13,6%)[22]. Jednak są dzieła, które przynoszą zyski kilkukrotnie i kilkunastokrotnie wyższe – najbardziej dochodowa w ciągu ostatnich lat okazuje się być sztuka współczesna. Obrazy klasyków XX wieku, takich jak Kazimierz Mikulski, Adam Marczyński, czy Wojciech Fangor zyskiwały na wartości 40% rocznie. Najlepsze inwestycje zakończone na polskim rynku aukcyjnym w pierwszej połowie 2012 r. przyniosły stopy zwrotu 83,9%, 81,7% i 39%[23]. Były to odpowiednio pastel Władysława Podkowińskiego, olej Meli Muter i portret Józefa Brandta. Dzieła te zostały wylicytowane w latach 1992 – 1993 (były to więc inwestycje długoterminowe) w okazyjnych cenach (rynek sztuki dopiero się formował) poniżej 10 tys. PLN. Do 2012 r. ich wartość wzrosła kilkunastokrotnie lub kilkukrotnie i wynosiła odpowiednio 110, 165 i 41 tys. PLN. Dla porównania, na rynku światowym w analogicznym okresie najwyższa stopa zwrotu wyniosła „zaledwie” 46,21%[24]. Z przytoczonych wyżej przykładów wynika, że dzieła sztuki dawnej i współczesnej autorstwa uznanego artysty stanowią szczególnie wartościową inwestycję. Zasób wybitnych prac sztuki dawnej na rynku powoli się wyczerpuje (zasilają one kolekcje prywatne i muzealne), jednak nie brakuje dzieł uznanych klasyków sztuki współczesnej, których wartość rynkowa systematycznie rośnie.

2. Inwestycje w wino i whisky

Whisky i wino inwestycyjne to luksusowe, najwyższej klasy alkohole, cieszące się dużą renomą i poszukiwane przez koneserów i kolekcjonerów. Cechują się wysoką jakością, pochodzą od uznanych producentów, są doceniane przez uznanych znawców, najczęściej to stare, dobrze zachowane roczniki, produkowane w ograniczonych ilościach – często to edycje limitowane i unikalne. Im więcej powyższych cech, tym droższy trunek. Inwestycja w wino i whisky może być dokonywana na rynku pierwotnym (w trunek leżakujący w beczkach i oczekujący na rozlanie do butelek, nieoceniony i niesklasyfikowany – En Primeur), na rynku wtórnym (alkohol w skrzynkach sprzedawany na aukcjach i giełdach), poprzez zakup udziałów wybranych winnicach i destylarniach whisky oraz za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Jest to inwestycja mogąca generować wysokie stopy zwrotu dzięki malejącej podaży unikatowych trunków i rosnącemu popytowi (o charakterze głównie konsumpcyjnym), przejrzysta i nietrudna do upłynnienia dzięki istnieniu giełd wina i whisky. Jest to jednak inwestycja kosztowna, zależna w pewnym stopniu od sytuacji gospodarczej na świecie, wymagająca znajomości przedmiotu lokaty kapitału i wiążąca się z ryzykiem (utrata kapitału, zmiany wyceny alkoholi, brak regulacji rynkowych).

Najdroższe i najpopularniejsze wina to te francuskie, pochodzące z winnic Bordeaux (95% win inwestycyjnych pochodzi z tej winnicy), Burgundii i Szampanii. Obecnie bardzo ważnym elementem oceny trunków są oceny krytyków, przede wszystkim Roberta M. Parkera, który jest twórcą stustopniowej skali oceny win. Wina inwestycyjne mają zazwyczaj min. 95 punktów w jego rankingu. Wina najwyższej klasy (zwane Premier Crus lub First Growths), cieszące się szczególnym zainteresowaniem inwestorów, produkują m.in. winnice: Lataour, Margaux, czy Mouton Rothschild. Podaż win First Growths jest ściśle określona i nie przekracza 90 000 skrzynek rocznie. Ich ceny wahają się w przedziale 220-3300 i więcej tys. GBP i od 30 lat (z okresowymi spadkami cen w latach 1998 i 2008 oraz na przełomie lat 2011 i 2012) rosną, przynosząc najwyższe stopy zwrotu. Przykładowo, wino Carruades de Lafite osiągnęło 633% zwrotu w ciągu pięciu lat inwestycji (06.2007-06.2012), a wino Château Beychevelle zyskało 128% w analogicznym okresie[25]. Oba wina należą do rocznika 2005, cieszącego się w ostatnich latach największą popularnością. Najdroższym bordoskim winem sprzedanym na aukcji jest sześciolitrowa butelka Cheval Blanc 1947, którą zlicytowano w 2010 r. za 304 tys. USD[26]. Wysokie ceny sprawiają, że pomimo niewielkiego wolumenu wartość rocznej produkcji winnic First Growths  jest znaczna – w 2010 r. wyniosła około 510 mln GBP, a roczna podaż win inwestycyjnych jest szacowana na poziomie około 800 mln GBP-1 mld GBP[27].

Polski rynek wina jest rynkiem małym i młodym, stanowi około 3% rynku europejskiego. Dynamicznie wzrasta jednak liczba inwestorów w wino – w 2011 r. było ich 1900 (o 1000 więcej niż w roku poprzednim), a kwota funduszy zainwestowanych przez Polaków w wino przekroczyła 120 mln PLN[28]. Inwestycjami w wino w Polsce, w ramach zamkniętych i otwartych funduszy inwestycyjnych, zajmują się firmy: Stilnovisti, Wealth Solutions, Logicinvest, Finare Group i Wine Advisors. Przykładowo, Wine Advisors oferuje co najmniej 20% stopę zwrotu przy wkładzie własnym minimum 2 000 GBP w fundusz zamknięty Ipopema Fine Wine Fizan. Strategia funduszu to inwestycje głównie w wina First Growths i uzupełniająco w wina najmłodszego rocznika (En Primeur). Światowym centrum obrotu winem jest londyńska giełda Liv-ex. W latach 2004-2009 była ona giełdą, która dała swoim inwestorom największe zyski, osiągając skumulowaną stopę zwrotu na poziomie około 120%. Dobrze zdywersyfikowany portfel win oparty o wiodący indeks tej giełdy, będący zbiorem 100 najbardziej uznanych win – Fine Wine 100 – przynosi roczną stopę zwrotu w wysokości 10-20%[29]. Optymalny czas inwestycji w wina to 5 lat – w tym okresie ryzyko strat jest znikome, a stopy zwrotu wysokie.

Najlepsze gatunki whisky produkowane są z kolei w Szkocji, w 100 działających tam destylarniach. Jedne z najdroższych 30-letnich marek whisky z tego regionu o cenie powyżej 30 tys. USD za butelkę to: Laphroaig, The Macallan, czy Highland Park[30]. Największą rolę dla inwestorów odgrywa rynek ekskluzywnych, najwyższej jakości whisky typu single malt. Za kilkudziesięcioletnie egzemplarze trzeba zapłacić kilkadziesiąt tysięcy funtów jednak dają często dają one stopę zwrotu w wysokości kilkuset procent,  np. Black Bowmore, rocznik 1964 osiąga wzrost ceny średnio o 144% rocznie. Najdroższą butelką whisky w historii, wpisaną do księgi rekordów Guinnessa, jest 64-letni Macallan, sprzedany za kwotę 460 tys. USD (ok. 291 tys. GBP). Według Whisky Exchange większość znanych marek whisky, takich jak np. Brora, Killyloch, czy Lochside wyczerpie się w ciągu około 3-4 lat, w związku z czym ich cena będzie rosnąć. W Polsce inwestować w whisky można za pośrednictwem firm: Stilnovisti, Wealth Solutions i Finare Group. Oferują one zakup udziału w funduszu lub pośrednictwo w obrocie whisky na platformie World Whisky Index. Perspektywa tych inwestycji to 3-5 lat.

3. Inwestycje w wybrane przedmioty kolekcjonerskie

Rynek kolekcjonerski jest rynkiem pasjonatów i hobbystów, na którym może inwestować praktycznie każdy. Wartość przedmiotów kolekcjonerskich zazwyczaj wzrasta wraz ze wzrostem inflacji, a nieefektywność rynku – zwłaszcza w Polsce, gdzie rynek ten jest we wczesnej fazie rozwoju – daje możliwość skorzystania z licznych okazji rynkowych (zakup przedmiotu na aukcji, giełdzie staroci, w antykwariacie po cenie niższej niż jego wartość rynkowa) i osiągnięcia satysfakcjonujących stóp zwrotu. Rynek kolekcjonerski charakteryzuje się też negatywną korelacją ze stopami zwrotu z aktywów finansowych. Z drugiej strony jest on rynkiem mało płynnym, gdzie trudno ustalić rzeczywistą wartość przedmiotów i sprzedać je po oczekiwanej cenie.

Jedną z możliwości inwestycji na rynku kolekcjonerskim jest zakup znaczków. Inwestycja powinna trwać  od 5 do 10 lat i przynieść stopę zwrotu na poziomie średnio 6-7% w skali roku. Podaż znaczków inwestycyjnych, najbardziej wartościowych czyli wydrukowanych w niewielkich nakładach, ostemplowanych czy z błędami, jest ograniczona, więc ich ceny rosną. W Polsce najcenniejsze egzemplarze osiągają ceny nawet powyżej 20 tys. PLN, np. „Orzeł w wieńcu” z 1929 r. z błędnym nominałem kosztuje 70 tys. PLN. Uznaniem cieszą się znaczki z okresu Polski międzywojennej i z okresu PRL-u, a najdroższe są te ze stemplem warszawskim. Co ciekawe, zarobić można też na znaczkach współczesnych. Seria znaczków „Ocaleni” emitowana z błędem w 2011 r. za 35 PLN obecnie kosztuje 70-80 PLN. Inwestować z znaczki można głównie na aukcjach internetowych, np. firmy Interfil.

Inwestować można także w pocztówki. Kartki można nabyć już od kilku złotych za sztukę, jednak za najbardziej unikatowe pocztówki, np. z zapiskami J. Piłsudzkiego trzeba zapłacić  kilka tysięcy złotych. Cena kartek wydanych do 1905 r. to co najmniej 40 PLN. Czynniki wpływające na cenę pocztówek to m.in. rzadkość, wiek, technika wykonania, błędy drukarskie jak również temat. Szczególnie cenne są pocztówki namalowane przez Kossaka czy Witkacego. Najpopularniejsze tematy kartek to Kresy, tematyka przemysłowa czy judaica. Zakupu pocztówek można dokonać na aukcjach katalogowych np. krakowskiego antykwariatu Rara Avis czy serwisu filokartysta.pl lub aukcjach internetowych, np. Oficyny Wydawniczej M-C. Liczba polskich kolekcjonerów to ok. 4 tys. osób.

Ciekawy jest również polski rynek plakatu – przeważają na nim zagraniczni kupujący. Zagranicą polski plakat cieszy się dużym uznaniem, zwłaszcza plakaty socrealistyczne, z okresu międzywojennego, okolicznościowe i przygotowane do filmów amerykańskich. Ich ceny dochodzą nawet do kilkunastu tysięcy złotych. Plakaty kolekcjonerskie można zakupić w polskich domach aukcyjnych, takich jak Desa Unicum.

Podsumowanie

            Uważam, iż polski rynek inwestycji emocjonalnych, wraz ze wzrostem podaży aktywów jak również popytu kreowanego coraz zamożniejszą klasę średnią oraz upowszechnieniem dostępu do rynku, będzie dalej dynamicznie się rozwijał. Wzrostowi jego wartości sprzyjać będzie doszacowanie obracanych na nim aktywów. Obecnie ceny polskiej sztuki i przedmiotów kolekcjonerskich są średnio kilka razy niższe od podobnych (jakościowo, gatunkowo) aktywów zagranicznych. Na wzrost popularności inwestycji emocjonalnych wpłynie z kolei zwiększenie się, w dobie niepewności na rynkach finansowych, wymagań inwestorów dotyczących bliskiej korelacji bezpieczeństwa i wysokiej stopy zwrotu z inwestycji. Nie bez znaczenia będzie też upowszechnienie wiedzy o inwestowaniu alternatywnym, a zwłaszcza tezy, że to, co jest dobre dla kolekcjonerów i konsumentów, może być również dobrą inwestycją.

Streszczenie

            Artykuł przedstawia możliwości alternatywnego inwestowania w Polsce. Skupia się na opisie dostępności, cech charakterystycznych i uwarunkowań inwestycji w sztukę, wino i w przedmioty kolekcjonerskie. Autorka przeprowadziła także analizę zyskowności wybranych decyzji inwestycyjnych oraz przedstawiła perspektywy rozwoju rynku inwestycji emocjonalnych w Polsce.

 

Summary

            This article describess an alternative investment opportunities in Poland. It focuses on the description of the characteristics, availability and determinants of investment in art, wine and collectibles. The author has also carried out an analysis of the profitability of selected investment decisions and presented market prospects of emotional investments in Poland.

 

Bibliografia

Chorążewska – Wojtuk A. Inwestycje alternatywne – sztuka zarabiania, „Miesięcznik Kapitałowy” 2012, nr 5.

Gucwa S., Unikalność ma swoją cenę. Inwestycje w whisky, „Akcjonariusz” 2012, nr 2.

Inwestycje alternatywne http://www.derywaty.com.pl.

Mikita M., Pełka W., Rynki inwestycji alternatywnych, Poltext, Warszawa 2009.

Opolski K., Potocki T., Świst T., Wealth Management Bankowość dla bogatych, CeDeWu, Warszawa 2010.

Polski rynek aukcyjny. Raport z pierwszego półrocza 2012 r., Abbey House.

Pruchnicka – Grabias I., Inwestycje alternatywne, CeDeWu, Warszawa 2008.

Raport Rynek sztuki na świecie, Wealth Solutions, 2011 r.

Rynek dóbr luksusowych w Polsce, Raport KPMG w Polsce, edycja 2011.

Rynek i sztuka http://rynek-sztuki.pl.

Stilnovisiti, http://www.stilnovisti.pl.

Wealth Solutions, http://www.wealth.pl.



[1] P. A. Samuelson, W. D. Nordhaus, Ekonomia, tom 2, PWN, Warszawa 2004,  s. 71.

[3] Ibidem.

[4] K. Opolski, T. Potocki, T. Świst, Wealth Management. Bankowość dla bogatych, CeDeWu, Warszawa 2010, s. 181 – 190.

[5] Polski rynek aukcyjny. Raport z pierwszego półrocza 2012 r., Abbey House.

[6] Raport Rynek sztuki 2011, portal rynek-sztuki.pl, 20.10.2012.

[7] Chiny światowym liderem sztuki, forbes.pl, 22.03.2012.

[8] E. Szulc, Cudotwórcy z Opactwa, Forbes, 02.06.2011.

[9] K. Opolski, T. Potocki, T. Świst, op. cit., CeDeWu, Warszawa 2010, s. 181 – 190.

[10] Raport z rynku sztuki. Podsumowanie rynku aukcyjnego w Polsce w I połowie 2008 r., Wealth Solutions, 2.10.2008, s. 2.

[11] T. Goliński, Rynek wina i sztuki. W: U. Ziarko-Siwek (red), Tradycyjne i alternatywne inwestycje finansowe, CeDeWu, s. 194.

[12] M. Maneker, Collector’s Fund Launches Second American Investment, artmarketmonitor.com, 3.09.2011.

[13] W latach 1951 – 2011.

[14] Polski rynek aukcyjny. op. cit.

[15] Ibidem.

[16] Raport KPMG, Rynek dóbr luksusowych w Polsce, edycja 2011, 20.10.2012.

[17] Ibidem.

[18] J. Kozak, Ile kosztuje sztuka?, inwestycje.pl, 11.09.2012.

[19] Polski rynek aukcyjny. Raport z pierwszego półrocza 2012r., Abbey House.

[20] Polski rynek aukcyjny.  op. cit.

[21] Raport z rynku sztuki.  op. cit.

[22] Polski rynek aukcyjny, op. cit.

[23] Polski rynek aukcyjny, op. cit.

[24] Raport Rynek sztuki na świecie, Wealth Solutions, 2011, 21.10.2012.

[25] Dane firmy Wealth Solutions, http://www.wealth.pl, 21.10.2012.

[26] M. Mikita, W. Pełka, Rynki inwestycji alternatywnych, Poltext, Warszawa 2009, s. 227.

[27] Najdroższe wina świata, biznes.onet.pl, 10.05.2012.

[28] To był rok wina w Polsce, gieldainwestora.pl, 10.02.2012.

[29] K. Opolski, T. Potocki, T. Świst, op. cit., s. 184.

[30] I. Pruchnicka-Grabias, op.cit., s. 247.

Polski rynek dóbr luksusowych w dobie współczesnego kryzysu gospodarczego

Dobra luksusowe to produkty  mające szczególny charakter. Powszechnie kojarzone z przepychem, rozrzutnością, unikalnością, niedostępnością, znaną marką czy wysoką jakością od zarania dziejów stanowiły symbol zamożności jednostek.  W rzeczywistości jednak trudno jest stworzyć jednoznaczną definicję tych dóbr – postrzeganie materialnego luksusu ma bowiem bardzo indywidualny charakter i zależy od wielkości i struktury dochodów, zajmowanej pozycji społecznej, stylu życia czy nawet systemu wartości jednostki oceniającej. W ekonomii dobra luksusowe (produkty, usługi)  definiowane są jako dobra,  na które popyt rośnie szybciej niż pochody. Charakter tego popytu  tłumaczy efekt (paradoks) Veblena – popyt na wyroby luksusowe wzrasta wraz ze wzrostem ceny (jest to wyjątek w prawie popytu). A czym  jest luksus dla polskiego konsumenta?  Pojęcie to ewoluowało znacząco   w ciągu ostatnich dwóch dekad. W okresie PRL dobrem luksusowym były artykuły spożywcze, a dzisiaj dla przeciętnego Polaka jest nim często własne mieszkanie. Jednakże rozwarstwienie dochodów Polaków, chociaż z roku na rok się zmniejsza, jak  i ich poglądów sprawia, że dla jednych grup luksusem jest to, co dla innych uchodzi za standard. Dlatego też w swojej pracy chciałabym się skupić na grupie najzamożniejszych Polaków  (z dochodem powyżej 7 tys. zł), którzy są potencjalnymi klientami na rynku dóbr luksusowych i z ich perspektywy dokonać oceny walorów i możliwości rozwoju polskiego rynku dóbr luksusowych w przyszłości. Celem artykułu jest  więc zebranie i przeanalizowanie wszystkich dostępnych informacji o rynku dóbr luksusowych w Polsce oraz o portfelach najbogatszych Polaków i na tej podstawie udowodnienie lub obalenie tezy, że jest to rynek pomimo światowego kryzysu ekonomicznego dynamicznie się rozwijający, który systematycznie przyciąga powszechnie znanych i cenionych na świecie producentów wyrobów i usług luksusowych.

1.Charakterystyka bogatych i zamożnych Polaków

Najzamożniejsze osoby w kraju tworzą grupę tzw. elity ekonomicznej. Elity to ludzie zajmujący najważniejsze pozycje w różnych sferach życia społecznego i gospodarczego. Według badań empirycznych polskich elit ekonomicznych, przeprowadzonych w 2004r. przez Katedrę Poziomu Życia i Konsumpcji w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, o przynależności do elity ekonomicznej w Polsce decydują przede wszystkim pieniądze i majątek (w tym przede wszystkim luksusowy samochód, nieruchomości),  a w następnej kolejności pozycja zawodowa. Najnowsze badania tej grupy ekonomicznej przeprowadziły dwie firmy konsultingowe: KPMG oraz CPP Luxury.

Według raportu KPMG z 2011r, bazującego na danych z Ministerstwa Finansów, w Polsce istnieją dwie grupy nabywców dóbr luksusowych: osoby zamożne (przeciętny dochód miesięczny brutto w 2009r. wynosi od 7,1 tys. do 20 tys. zł) oraz bogate (przeciętny dochód miesięczny w 2009r. powyżej 20 tys. zł brutto (oraz aktywa płynne o wartości powyżej 1 mln dol.). Średnia dochodów tych grup netto w 2009 roku wyniosła 15,3 tys. zł miesięcznie i wzrosła 0,7 tys. zł w porównaniu z rokiem poprzednim. W 2010 r. według szacunków KPMG miesięczny dochód tej grupy wzrósł i wyniósł 15,5tys. zł miesięcznie. Według danych z Ministerstwa Finansów do grupy osób zamożnych i bogatych w 2009 roku należało około 606 076 osób. Liczebność tej grupy podwoiła się w ciągu ostatnich 10lat, a w 2009 r. w porównaniu do roku poprzedniego, wzrosła o około 13 tysięcy. Szacuje się, że nadal rośnie i w 2010 roku wyniosła około 620tys, a w 2011r. około 650tys. osób. Głównymi przyczynami wzrostu liczby osób zamożnych i bogatych są systematyczny wzrost wynagrodzeń w gospodarce narodowej oraz stosunkowo wysoki na tle Europy, pomimo trwającego od 2008r. globalnego  kryzysu ekonomicznego, poziom wzrostu gospodarczego.  Dynamika wzrostu wynagrodzeń od listopada 2011 roku sięga 4,3-4,4 proc, a wzrost gospodarczy utrzymuje się na poziomie średnio 3-3,5 proc. Oszacowana przez KPMG wartość wydatków tej grupy na dobra luksusowe wyniosła w 2009r. około 16,9 mld zł. Najwięcej zamożnych i bogatych Polaków mieszka w województwie mazowieckim (ponad 190tys), w tym przede wszystkim Warszawie i okolicach. Według firmy Acxiom Polska, rokrocznie badającej obszary o najwyższej koncentracji najbogatszych mieszkańców, najszybszy wzrost dochodów mieszkańców następuje na obszarach peryferyjnych największych miast, zwłaszcza dotyczy to właśnie aglomeracji warszawskiej. Ważną grupę, wyodrębnioną w raporcie, stanowią też osoby aspirujące do grupy osób zamożnych i bogatych, które uzyskały w 2009 roku dochód w wysokości od 3,7 do 7,1 tys. zł brutto miesięcznie. Należy do niej około 2 miliony osób, które w 2009 roku wydały 11,4 mld zł na dobra luksusowe. To właśnie ta grupa stopniowo powiększać będzie liczbę osób zamożnych i bogatych w Polsce. Łącznie, według raportu KPMG, Polacy wydali szacunkowo w 2009r. około 28,3 mld. zł na dobra luksusowe, o ponad 4% więcej niż rok wcześniej. W latach 2005-2010 ten segment rynku wzrósł o blisko 50 proc. i stale się rozwija, dając Polsce czwarte miejsce na świecie pod względem dynamiki wzrostu.

Analiza rynku luksusowego w Polsce z 2011r. firmy CPP Luxury opiera się  na danych o zakupach Polaków w Polsce i zagranicą, pozyskanych od międzynarodowych firm oferujących produkty i usługi marek luksusowych, powszechnie rozpoznawalnych na świecie. Skupia się więc na charakteryzowaniu profilów polskich konsumentów, a nie na analizie danych statystycznych o ich zamożności. W celu uzyskania obrazu rzeczywistego potencjału rynku dóbr luksusowych w Polsce w raporcie zostały wyeliminowane 3 sektory tego rynku: kosmetyki, branża hotelarska i alkohole pomimo, iż sektory te odnotowują wysoki poziom sprzedaży. Według firmy dystrybucja tych towarów i demokratyczna polityka cenowa nosi znamiona rynku masowego, co nie oddaje rzeczywistego profilu typowego klienta badanego rynku, jego zachowań i motywacji. Wartość polskiego rynku dóbr luksusowych, po wyłączeniu omówionych wyżej sektorów, według firmy CPP Luxury wyniosła 2,1 mld euro w 2010, podczas gdy watość tego rynku oszacowana przez KPMG wyniosła trzykrotnie więcej, czyli 6,3 mld euro.  Raport CPP dzieli klientów luksusowych na 3 grupy: konsumenci najwyższej klasy (high end consumers) czyli przedsiębiorcy, właściciele firm, wysoka kadra kierownicza o zarobkach co najmniej 500 000 euro rocznie i liczebności 500 osób, klasa średnia (premium middle class) czyli  pracownicy firm na średnich stanowiskach menedżerskich o zarobkach co najmniej 100 000 euro rocznie i liczebności 10 000 tys. osób oraz aspirujący (aspirational), czyli wszyscy zarabiający powyżej 25 000 euro rocznie o liczebności 50 000 tys. osób. Według firmy CPP Luxury klienci na polskim rynku dóbr luksusowych to osoby konserwatywne, dla których najważniejsza jest jakość a nie renoma czy popularność marki. Nie mają oni bowiem tylu okazji do prezentowania się na wydarzeniach takich jak pokazy mody, bale charytatywne, nie są też w Polsce popularne sporty uznawane za luksusowe, jak golf czy polo.

2. Zachowania konsumentów na polskim rynku dóbr luksusowych w czasie ostatniego kryzysu gospodarczego

Powszechnie uważa się, że rynek dóbr luksusowych jest odporny na wahania koniunktury. Na podstawie badania przeprowadzonego przez Klaudię Plażyk z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach w 2010 r. w Aglomeracji Śląskiej na grupie osób regularnie kupujących dobra luksusowe można stwierdzić, że ostatni, największy od lat 80 kryzys ekonomiczny, nieznacznie wpłynął na konsumentów – był słabo odczuwalny przez badanych respondentów (16% z nich stwierdziło, że ich sytuacja ekonomiczna się pogorszyła). Można stwierdzić, że najczęściej kupowanymi dobrami luksusowymi są kosmetyki, głównie perfumy (74% badanych) oraz ubrania i dodatki, przede wszystkim torebki (58%). Na trzecim miejscu znalazły się artykuły spożywcze (w tym żywność ekologiczna) i alkohole (25%).  Rzadziej kupuje się droższe dobra trwałe – np. sprzęt RTV i AGD (4%). Rezygnacja z kupna droższych dóbr luksusowych na rzecz tańszych to tzw. efekt szminki, obserwowalny u 72% badanych.  Respondenci ograniczyli wydatki głównie na ubrania i dodatki (31%) oraz na kosmetyki (19%).  Z tego wynika, że chociaż te dobra kupowane są w kryzysie najczęściej to ogranicza się na nie wydatki. Z drugiej strony aż  25% badanych w ogóle nie ograniczyło swoich wydatków. Dobra luksusowe najczęściej kupuje się w salonach dystrybuujących dobra luksusowe (64%) oraz w Internecie (60%). Tylko 9% respondentów kupuje dobra luksusowe za granicą, zwracając uwagę na niższe ceny i większą dostępność tych produktów niż w Polsce. W dobie spowolnienia gospodarczego klienci (87%) chętnie korzystają z akcji marketingowych, które pozwalają nabyć dobra luksusowe taniej  np. z kart stałego klienta, w tym  prawie połowa korzysta z nich niezależnie od kondycji gospodarki. W okresie kryzysu wśród polskich konsumentów popularnością cieszą się dobra klasyczne, proste lecz wysokiej jakości (82%) na niekorzyść ekstrawaganckich (18%). Większość Polaków nie wstydzi się swojej zamożności i nawet w dobie kryzysu nie odczuwa poczucia winy z tytułu wydawania pieniędzy na bardzo drogie, często zbędne, rzeczy.

Badania KPMG oraz CPP Luxury zwracają uwagę na fakt, iż część zakupów na rynku dóbr luksusowych w Polsce traktowana jest jako inwestycja – 1/3 konsumentów motywuje zakup takich dóbr z potrzeb inwestycyjnych. Największą popularnością cieszą się inwestycje w nieruchomości, biżuterię i dzieła sztuki. W kryzysowym 2009 roku spadek zysków w Polsce (jak i na całym świecie) odnotowały firmy produkujące luksusowe samochody – są to dobra drogie dobra trwałe, które nie są traktowane jako inwestycja. Jednak już w 2012r. spodziewany jest wzrost sprzedaży w tym segmencie o 30%, podczas gdy sprzedaż odzieży i biżuterii wzrośnie tylko o 20%.

3. Obecność marek luksusowych na polskim rynku

Według raportu KPMG dostępność 200 największych marek luksusowych w Polsce (istnienie możliwości zakupu w salonie na terenie kraju) zwiększyła się w 2010r. o 8% w porównaniu do roku poprzedniego i wyniosła 61%. Najbardziej dostępne są marki włoskie (21%), francuskie (18%) i szwajcarskie (15%). Pod względem segmentów marek najbardziej dostępne są produkty z sektora hi-tech (86%) oraz alkoholi i używek (82%) a najtrudniejszy był dostęp do luksusowych usług hotelarskich (34%) oraz akcesoriów i dodatków (50%), chociaż popyt na te ostatnie jest w Polsce wysoki. W 2010r. pojawiło się w Polsce kilka nowych marek luksusowych, w większości są one dystrybuowane przez istniejące już sieci multibrandowych salonów. Za pośrednictwem sieci salonów jubilerskich Apart dostępne są zegarki niemieckiej firmy A. Lange_Schone, marki odzieżowe Christian Louboutin oraz Corneliani dystrybuuje sieć sklepów Royal Collection, a za pośrednictwem

perfumerii Douglas dostępne są produkty francuskiej marki Hermes International. W segmencie alkoholi i innych używek odnotować można możliwość zakupu szwajcarskiego La Clandestine Absinthe oraz szkockiego laphroaig Distillery. Ponadto w Warszawie otwarty został butik amerykańskiej markiTod’s.

Analizując rynek samochodów luksusowych w Polsce można stwierdzić, że istnieje duże zapotrzebowanie na auta luksusowe,  jednak Polacy wciąż nie mogą sobie pozwolić na zakup nowych samochodów więc głównie sprowadzają auta używane zza granicy. W 2010 roku w porównaniu z 2009 rokiem liczba rejestracji samochodów luksusowych i używanych jednorocznych spadła o 39% (spadek ma miejsce od 2008 roku i wynika z niepewności na rynku, pesymistycznych prognoz gospodarczych)   i wyniosła  118 382 nowych rejestracji. Na tle Europy to niewiele – przykładowo w Niemczech w analogicznym roku zarejestrowano ponad 800tys. aut, a we Francji ponad 160tys. Najczęściej kupowanymi samochodami luksusowymi w Polsce były (2010 rok): Audi (50 028 rejestracji), BMW (26 tys.), Mercedes (23,5 tys.), Volvo (ponad 13 tys.) i Saab (2 tys.). Najdroższe i najbardziej luksusowe marki (Bentley, Rolls Royce, Ferrari, Aston Martin) nie osiągnęły poziomu 30 sztuk nowych rejestracji, jednak co ciekawe w przypadku tych marek samochodów Polacy zdecydowanie bardziej cenią nowe egzemplarze. KPMG prognozuje zwiększenie rejestracji samochodów luksusowych w przyszłości (w ciągu 2-3 lat powinna zbliżyć się do poziomu sprzed kryzysu). Sprzyjać ma temu stopniowa stabilizacja gospodarki jak i otwieranie nowych salonów luksusowych samochodów w Polsce.

Rynek jachtów jest w Polsce wciąż słabo rozwiniętym i mało popularnym segmentem rynku dóbr luksusowych, pomimo, iż  istnieje tu dobrze rozwinięty przemysł jachtowy. Według Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych w polskich stoczniach produkuje się średnio około 22 000 jachtów rocznie, jednak 90-95% wszystkich wyprodukowanych luksusowych jachtów sprzedawanych  jest zagranicą. W 2010 roku zarejestrowano w Polsce ponad 1 533 jachty morskie (czterokrotnie więcej niż 5 lat wcześniej i o 53 jachty więcej niż rok temu), oraz ponad 170 jachtów morskich o długości kadłuba co najmniej 10 metrów (trzykrotny wzrost). W porównaniu z 2009 rokiem liczba rejestracji prawie nie uległa zmianie, natomiast liczba rejestracji dużych jednostek (powyżej 10 metrów) nieznacznie wzrosła. Dominują stosunkowo nowe łodzie (wyprodukowane w latach 2006-2010). Większość rejestrowanych łodzi była wyprodukowana w Polsce bądź USA. Polska ma jeden z najniższych wskaźników stosunku jachtów przypadających na 1000 mieszkańców, jednak według ekspertów firmy KPMG w kolejnych latach nastąpi wzrost sprzedaży tego typu dóbr w Polsce, wynikający ze wzrostu dochodów osób zamożnych, powstawania nowoczesnych przystani jachtowych  i wzrostu zainteresowania jachtami w Polsce.

Jeżeli chodzi o polski rynek pojazdów latających to Według Urzędu Lotnictwa Cywilnego (ULC) do stycznia 2011 do Rejestru Cywilnych Statków Powietrznych (samoloty, śmigłowce, szybowce, motoszybowce, sterowce i balony) wpisano 2 215 jednostek. Spośród nich 852 samoloty i helikoptery zarejestrowano na osoby fizyczne bądź firmy (z wyłączeniem LOT, PZL Świdnik, ZOZ-y, Aeroklub Polska itp.), o 3,6% więcej niż w roku poprzednim. Od 2006 ta liczba wzrasta, co świadczy o rosnącym popycie Polaków na tego typu maszyny. Spowolnienie gospodarcze (2009) miało nikłe przełożenie na rejestrację nowych jednostek.

Polski rynek luksusowych dóbr konsumpcyjnych (szacowany na 3 439 mln zł) znajduje się na 20 miejscu z 26 państw objętych rankingiem firmy Euromonitor International. Jest to jednocześnie jeden z najszybciej rosnących rynków – wartość sprzedaży we wszystkich jego kategoriach odnotował dwucyfrowy wzrost sprzedaży. W latach 2005-2010 wzrósł realnie o 50% zajmując 4 miejsce pod względem dynamiki wzrostu. Polscy konsumenci zaczęli kupować więcej produktów z wyższej półki, poszukując bardziej wyszukanych marek międzynarodowych. Kategoria luksusowej biżuterii i zegarków (o wartości 1 164 mln zł) to największa i najszybciej rosnąca część rynku luksusowych artykułów konsumpcyjnych (34%  rynku w 2010r.). Realny wzrost wyniósł 68%. Głównymi obszarami wzrostu były luksusowe zegarki męskie (96% wzrostu) i damskie (114% wzrostu w okresie 5 lat). Drugi największy udział w rynku mają luksusowe alkohole (20%), a na trzecim miejscy plasuje się odzież i obuwie renomowanych projektantów (18%).  W 2010 r. wartość sprzedaży detalicznej odzieży i obuwia słynnych projektantów wynosiła ponad 208,8 mln dol. (około 670 mln zł), a w 2011r. około 221 mln dol. (ponad 700 mln zł). Szacuje się, że w 2012r. będzie to ponad 750 mln zł, a w 2015 – ponad 920 mln zł. Najpopularniejszą luksusową marką odzieżową jest Hugo Boss, zaraz za nią plasują się Max Mara, Hexeline, Armani, Zegna i Burberry. 9% udział w rynku konsumpcyjnych dóbr luksusowych mają z kolei kosmetyki super premium, a 8% – akcesoria. Obie kategorie mają duże prognozy wzrostu – wzrost sprzedaży kosmetyków ma w okresie 2010-2015 wynieść ma 36%, osiągając na koniec 2015r.wartość 95 mln złotych, a akcesoria  a (do roku 2015) wzrosną o 38%. Prognozy polskiego rynku luksusowych dóbr konsumpcyjnych są optymistyczne (przy raczej skromnych prognozach globalnych). Polacy dysponują coraz większymi kwotami do wydania więc popyt na rynku rośnie. Według raportu firmy KPMG powinniśmy utrzymać 20 pozycję rankingu Euromonitor International i jednocześnie pozostać w pierwszej dziesiątce rynków o największej dynamice wzrostu (+38%) do 2015r. Luksusowa biżuteria i zegarki pozostaną wiodącą kategorią (do roku 2015 rynek ma osiągnąć poziom 1 653 mln zł). Wzrosty szykują się również w pozostałych kategoriach luksusowych dóbr konsumpcyjnych: usługi hotelarskie, luksusowe artykuły tytoniowe (cygara), produkty do pielęgnacji skóry z segmentu super premium, luksusowe krawaty męskie oraz torebki damskie, luksusowe artykuły piśmiennicze i papiernicze, wina, szampany i wysokoprocentowe alkohole.

Polski rynek sztuki i antyków na tle rynku światowego jest mały. Polacy wciąż, mimo potencjału (wzrost zamożności i poziomu wykształcenia społeczeństwa) nie wykazują kolekcjonerskiego ani portfelowego podejścia do kupna dzieł sztuki. Niewielką dynamikę rozwoju tego rynku można tłumaczyć niską podażą dzieł (zwłaszcza w segmencie sztuki dawnej), utrudnieniami w handlu międzynarodowym i trudnościami z dostępem do kapitału.  Sprzedaż sztuki na polskich aukcjach, które generują największe obroty na polskim rynku, wyniosła w 2010r. 3,9 tys. sztuk, co oznacza 30% wzrost w ciągu ostatnich 5 lat. Wartość obrotów na aukcjach w omawianym roku oszacowano na 36,6 mln zł i zanotowano spadek o 18% w porównaniu do 2009r. Według ekspertów DESA Unicum wartość całego polskiego rynku sztuki to 430 mln złotych. Dla porównania światowy rynek sztuki i antyków w analogicznym roku był wart 9,4 mld USD. Analizując strukturę sprzedaży widać, że największe znaczenie dla wielkości obrotów mają obiekty najdroższe i reprezentujące sztukę dawną (do 1945r.), a najpopularniejsze są obrazy, rzeźby, grafiki i rysunki, reprezentujące sztukę najnowszą i dawną (do 1989r.). Obok sztuk pięknych istotną rolę na rynku aukcyjnym w Polsce (przynajmniej jeżeli chodzi o udział w liczbie sprzedanych obiektów) odgrywa rzemiosło artystyczne oraz obiekty kolekcjonerskie. Co roku na aukcjach sztuki i antyków sprzedawane jest  około 430-530 obiektów tego typu, w 2010r. sprzedano ich 513 sztuk. Największą rolę odgrywają srebro, meble oraz porcelana. Prognozuje się, że polski rynek sztuki i antyków w kolejnych latach zacznie się dynamicznie rozwijać. Jak podaje raport „Rynek sztuki 2011” portalu Rynek-Sztuki.pl. według wstępnych szacunków ekspertów pod koniec ubiegłego roku  ilość sprzedanych obiektów aukcyjnych sięgnęła rekordowej ilości 4 i pół tysiąca sztuk. Autorzy raportu prognozują, że w 2012r. nastąpi dalszy dynamiczny rozwój rynku sztuki w Polsce, wynikający z popularyzacji wiedzy o inwestowaniu w sztukę, podaży wartościowych prac (zwłaszcza z obszaru coraz popularniejszej rodzimej sztuki nowoczesnej), mogących przynieść zyski w przeciągu 5-10lat jak i zwiększenia ilości transakcji zawieranych wyłącznie przez Internet.

Raport CPP Luxury zwraca uwagę na istotny problem utrudniający, według ekspertów firmy, rozwój rynku dóbr luksusowych w Polsce. Uważają oni, że chociaż większość zamożnych Polaków mieszka w Warszawie i okolicach to jednak duża część tej grupy zamieszkuje także inne największe miasta w Polsce i dlatego nie tylko w stolicy koncentrują się zakupy marek luksusowych, jak jest najczęściej u naszych sąsiadów w Europie środkowej i wschodniej. Według raportu najbardziej rozwinięte segmenty marek luksusowych w Polsce to biżuteria i zegarki, a także usługi turystyczne. Wynika to z faktu, że ekskluzywne produkty firm z tych branż sprzedawane są w multibrandowych salonach, co pozwala nietrudno rozszerzyć zasięg dostępu do marek poza stolicę – sklepy sieci salonów np. jubilerskich najczęściej znajdują się we wszystkich większych miastach w Polsce. W ten sposób te marki luksusowe z łatwością osiągają w naszym kraju dynamiczny rozwój, rozwiązując problem braku koncentracji miejsc zamieszkania polskich elit ekonomicznych. Jeżeli chodzi o sektor odzieży i akcesoriów, to według firmt CPP Luxury większość producentów chciałoby otworzyć w Polsce franczyzowe butiki monomarkowe. Potencjalnych franczyzobiorców jest jednak niewielu, a ci którzy działają mają utrudnioną  ekspansję poza stolicę (duże koszty franszyzy zniechęcają  do otwierania kolejnych salonów). Problematyczne dla wielu producentów jest też znalezienie odpowiedniej lokalizacji dla ekskluzywnego butiku – w większości galerii handlowych mieszczą się butki oferujące produkty z niższych półek cenowych.  Sytuację może zmienić otwieranie ekskluzywnych domów handlowych, podobnych do tego, który został otwarty w ubiegłym roku w Warszawie – Wolf Bracka. Znalazły się w nim butiki luksusowych marek: pierwsze w Polsce sklepy Gucci i Giorgio Armani, Yves Saint Laurent, Bottega Veneta, Alexander McQueen czy  Perla. Jednak wciąż brakuje w Polsce największych marek odzieżowych i kosmetycznych takich jak np.: Chanel, Dior, Prada, Gucci, a te dostępne mają ograniczoną ofertę produktów, składającą się najczęściej z kilku elementów kolekcji.  Obecnie sklepy w Polsce ma połowa globalnych luksusowych marek akcesoriów i dodatków i 53 proc. marek ekskluzywnej odzieży obuwia i torebek.  Warto zwrócić uwagę na fakt, że ceny odzieży luksusowej są w Polsce średnio o 5% wyższe niż we flagowych salonach producentów w Mediolanie i w Paryżu. To wszystko sprawia, że rynek luksusowej odzieży i dodatków chociaż bardzo rozwojowy, cechuje się w Polsce niewielką ekspansją.

Firma CPP Luxury zwraca uwagę, że w Polsce istnieje wiele marek luksusowych rodzimych producentów. Istnieje kilkunastu nieznanych powszechnie, zwłaszcza na zagranicznym rynku, producentów dóbr luksusowych jak np. producent ekskluzywnych butów Kielman w Warszawie czy producent garniturów męskich Twins we Wrocławiu.  Wielu kajowych dystrybutorów np. importowanych zegarków i biżuterii, Apart i Kruk, ma również własne kolekcje dóbr luksusowych. Popularne w Polsce jest haute coutture, czyli ubrania szyte na miarę w pojedynczych egzemplarzach projektantów takich jak np. Maciej Zień, Dawid Woliński , Gosia Baczyńska. W raporcie KPMG można znaleźć też informację, że Polska jest jednym z liderów w Europie w  produkcji jachtów, produktu silnie kojarzącego się każdemu z luksusem. Czołowe firmy działające w tej branży to Delphia Yachts, Galeon, YACHT Ostródzie. Istnieje też  kilka marek na granicy luksusu: Wittchen i Batycki, producenci galanterii skórzanej czy Simple i Monnari, producenci ubrań. Popularne są też w Polsce rodzime marki luksusowych hoteli i restauracji.  Co ciekawe, Polska jest również producentem luksusowych aut sportowych – marki Leopard.

Podsumowanie

Według najnowszych badań firmy ARC Rynek i Opinia dla przeciętnego polskiego konsumenta ubrania Adidasa, meble Black Red White czy kosmetyki L’Oreal to produkty luksusowe. Jednak polskie elity ekonomiczne bardzo dobrze rozpoznają najważniejsze marki produktów luksusowych, cenią je za jakość i często ich zakup traktują jako swoistą inwestycję.  Bogacąc się i zwiększając swoją liczebność w coraz szybszym tempie są skłonni na ich zakup przeznaczyć dużą część swoich dochodów. Według raportu Euromonitor International  w latach 2005 i 2010 wartość polskiego rynku dóbr luksusowych wzrosła o 50%, przewyższając tępo wzrostu nie tylko rynków wszystkich większych państw członkowskich UE, ale także Rosji, Turcji i USA. Jego wartość szacuje się na około 22 miliardy złotych. Dlatego, chociaż określany jako znacznie mniej rozwinięty niż np. w Niemczech, polski rynek dóbr luksusowych ze względu na swoją wielkość i potencjał może być i jest, przez wielu ekspertów, nawet w dobie światowego kryzysu ekonomicznego oceniany jako najdynamiczniej rozwijający się rynek w Europie. Chociaż z powodu kryzysu firmy luksusowe ograniczyły swoją ekspansję to prognozuje się, iż do Polski w najbliższym czasie powinno wejść wiele nieobecnych dotychczas na polskim rynku marek luksusowych.

Studencie, zarabiaj pewnie na giełdzie! – oferty prywatyzacyjne Ministerstwa Skarbu

Nie przez przypadek kieruję poniższy artykuł do młodych ludzi. To oni są bowiem najczęściej graczami na Giełdzie Papierów Wartościowych i tworzą dużą grupę inwestorów indywidualnych. Granie na giełdzie generalnie wiąże się dużym ryzykiem, ale młodzi chcą zarobić szybko i nie boją się wyzwań. Wiedzą, że mogą dużo zyskać, ale i stracić w szybkim tempie. Dla tych, którzy właśnie stawiają pierwsze kroki na giełdzie mam cenną radę: zakup akcji przed ich wejściem na giełdę (tzw. IPO, oferta pierwotna, świeża emisja) jest zwykle bezpieczniejszy niż inwestowanie w spółki już notowane na parkiecie. Najlepiej, jeżeli będą to akcje spółek państwowych, o których ofertach prywatyzacyjnych co jakiś czas informuje Minister Skarbu.

Akcje od Ministra Skarbu to towar bardzo pożądany. Dlaczego? Niezależnie od kondycji przedsiębiorstw państwowych inwestorzy darzą je dużym zaufaniem, doceniając fakt, że gwarantem ich istnienia i funkcjonowania jest państwo. Bardzo duże zainteresowanie zakupem akcji w ofercie pierwotnej, czyli jeszcze przed ich wejściem na giełdę, sprawia, że istnieje niewielkie prawdopodobieństwo i  w praktyce rzadko się zdarza, by takie akcje przy debiucie osiągnęły na giełdzie niższą cenę niż zapłacili inwestorzy w ofercie pierwotnej, dokonując zakupu akcji bezpośrednio u emitenta, najczęściej za pośrednictwem biur maklerskich.

Jakie zyski można osiągnąć? Bardzo różne. I tutaj przydaje się wnikliwa ocena kondycji spółki i obserwacja koniunktury na rynku pierwotnym. Spójrzmy na obecną sytuację. Całkiem niedawno miały miejsce oferty pierwotne banku BGŻ oraz Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zarobki inwestorów na obu ofertach były niskie, głównie ze względu na ich słabe zainteresowanie. W przypadku BGŻ mały popyt nie był specjalnie zadziwiający – to bank mało popularny, uznawany za słaby i skierowany głownie do sektora rolniczego, a ponadto ceny akcji przy debiucie były niespodziewanie wysokie (90zł). Słabe zainteresowanie inwestorów spowodowało, że trzeba było cenę obniżyć do zaledwie 60 zł, a oferowany pakiet akcji do sprzedaży obniżono do 12%. Ostateczniew dniu debiutu akcje banku przyniosły niskie 2,1%. zysku. W przypadku JSW sytuacja przedstawiała się podobnie – cenę akcji trzeba było niespodziewanie obniżyć, chociaż została uznana za atrakcyjną, ze względu na małe zainteresowanie.  Spółka jest uznawana w szerokich kręgach za perspektywiczną, ale źle zarządzaną (zbyt szerokie przywileje pracownicze). Mimo to analitycy przewidywali niezły wzrost cen akcji po debiucie od 5 do niemal 10 procent, co okazało się zdecydowanie zbyt optymistyczne bowiem walory kopalni osiągnęły kurs równy cenie emisyjnej.

Gorsza koniunktura na rynku pierwotnym zmusza zmusza emitentów do obniżania cen oferowanych akcji. Pomimo zmniejszonego zainteresowania „pierwotniakami” inwestorów wciąż można zarobić, ale przyda się inna niż za dobrej koniunktury strategia. Wydaje się, że warto obecnie nie sprzedawać akcji zaraz po debiucie, a je przetrzymać, licząc na większy zysk. W tej niepewnej sytuacji rynkowej odbywać się będą planowane przez skarb państwa kolejne oferty publiczne. Około grudnia ma zostać przeprowadzona publiczna oferta akcji PKO. Prawdopodobnie dopiero na początku 2012 roku resort zaoferuje papiery Polskiego Holdingu Nieruchomości, którego oferta pierwotna miała pojawić się jeszcze w tym roku.

Zródło: Money.pl na podstawie danych GPW

Jak ominąć podatek Belki – polisy lokacyjne

Kolejnym produktem, pozwalającym na oszczędzanie bez podatku, jest poliso – lokata. Po zmianach w przepisach prawnych dotyczących lokat od stycznia 2012r. będzie to jedyny produkt na rynku pozwalający na uniknięcie podatku od odsetek.

Poliso – lokaty to tak naprawdę zwykłe lokaty, oferowane przez banki, mające jednak formę prawną ubezpieczenia.  Gwarantują wypłatę wpłaconej kwoty na ubezpieczenie (np. na życie),  powiększonej o odsetki, nazywane często odszkodowaniem,  po określonym czasie. Ta wypłata jest świadczeniem ubezpieczeniowym, które w myśl przepisów nie jest opodatkowane. Te produkty pozwalają więc uniknąć podatku, ale na innej podstawie niż lokaty jednodniowe (z dzienną kapitalizacją).

Dopóki nie zmienią się przepisy, czyli do końca tego roku, lokaty z dzienną kapitalizacją pozostaną niekwestionowanym liderem na rynku produktów finansowych. Jednak później, według prognoz wielu ekonomistów, to poliso – lokaty staną się najkorzystniejsze.

Zaletą poliso – lokat, oprócz możliwości ominięcia podatku, jest to, że jeśli chcemy ulokować większą kwotę, to nie musimy otwierać kilku takich produktów. Niezależnie od wysokości ulokowanej kwoty podatek i tak nie zostanie naliczony.

Polisy lokacyjne mają jednak również wady. Po pierwsze ofert jest niewiele i dominują średnio i długoterminowe. Po drugie mniej korzystny jest system gwarancji. Lokaty są bowiem objęte Bankowym Funduszem Gwarancyjnym. W przypadku upadłości banku zapewnia on zwrot 100% środków pod warunkiem, że nie przekraczają one 100 tys. euro. Tymczasem poliso-lokaty są objęte Ubezpieczeniowym Funduszem Gwarancyjnym, który w przypadku upadłości ubezpieczyciela zwróci tylko 50% i nie więcej niż 30 tys. euro. Bardzo często istnieje też kara za zerwanie umowy z bankiem. Jest to najczęściej ujemna stopa zwrotu (możemy więc otrzymać mniej pieniędzy, niż wpłaciliśmy). Przy zwykłych lokatach kara to najczęściej „tylko” zmniejszenie oprocentowania.

Jak ominąć podatek Belki – lokaty z dzienną kapitalizacją odsetek

Od 2001r. został wprowadzony tak zwany podatek Belki, czyli podatek od oszczędności. Obecnie wynosi on 19% i jest naliczany od wszystkich pieniędzy, które zarobimy na lokatach bankowych, funduszach inwestycyjnych czy obligacjach, lokując w nie nasze oszczędności. Warto jednak wiedzieć, że podatek Belki da się legalnie obejść – jednym ze sposobów jest zastąpienie tradycyjnej lokaty bankowej lokatą z dzienną kapitalizacją odsetek, tak zwaną lokatą antypodatkową.

Zacznijmy od przypomnienia, że na lokacie zarobimy realne pieniądze tylko i wyłącznie wtedy, gdy jej oprocentowanie będzie wyższe przynajmniej o 20% od aktualnej stopy inflacji. W tej chwili poziom inflacji w Polsce jest, na niekorzyść inwestorów, wysoki (około 5%). Jednakże Narodowy Bank Polski zapowiada, że niedługo sytuacja zacznie się poprawiać i inflacja w najbliższym czasie wróci do poziomu 1,5-3,5%. Gdyby tak się jednak nie stało banki zostaną zmuszone do podwyższenia oprocentowania lokat, aby nie straciły one na atrakcyjności wśród inwestorów, a tym samym nie pozbawiły banków najcenniejszego dopływu gotówki.

Dzienna kapitalizacja odsetek opiera się na mechanizmie zaokrąglania podatku. Jeśli jednorazowo (w ciągu dnia) odsetki nie przekroczą 2,49 zł, nie trzeba odprowadzać podatku Belki. Oczywiście lokaty dzienne mogą być odnawialne – wtedy i tak zyski nie podlegają opodatkowaniu, np. przy kwocie 10.000zł i oprocentowaniu 3% dziennie nie zapłacimy podatku, nawet, jeżeli założymy lokatę odnawialną codziennie na okres pół roku.

Niestety, od nowego roku 2012 obowiązywać zacznie nowa ordynacja podatkowa, która zlikwiduje korzystne dla inwestorów i banków luki prawne w podatku Belki.  Nie będzie już możliwości tworzenia lokat z dzienną kapitalizacją, godzinowych lub innych pozwalających ominąć zapłacenie podatku. Wszystkie zyski z tych lokat zostaną opodatkowane. Do tego czasu jednak lokata z dzienną kapitalizacją wydaje się być lepszą inwestycją niż lokata tradycyjna, chociaż wszystko zależy od naszych indywidualnych preferencji. Lokata taka będzie opłacać się bowiem tylko wtedy, jeżeli potrzebujemy zainwestować środki krótkoterminowo tzn. do końca tego roku, do póki nie obowiązuje nowa ordynacja podatkowa. W przypadku inwestycji długoterminowych tzn. powyżej 5 miesięcy lepiej wybrać lokatę tradycyjną.

Lokaty z dzienna kapitalizacją odsetek żródło: DGP

Polska a strefa Euro

Kiedy w 2004r. Polska weszła do Unii Europejskiej przyjęcie wspólnej waluty w naszym kraju wydawało się być w zasięgu ręki. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo jest spełnić kryteria zbieżności gospodarczej traktatu z Maastricht, których osiągnięcie jest konieczne by wejść do strefy Euro.  Nie tylko dla Polski to zadanie okazało się trudne – spośród 10 państw które weszły z nami do UE 4  nie przyjęły jeszcze Euro (Litwa, Łotwa, Rumunia, Węgry).  Czy będziemy ostatnim krajem, spośród tych, które weszły do UE w 2004r, który przyjmie Euro? Niestety, wiele na to wskazuje. Kryteria zbieżności (konwergencji) traktatu z Maastricht, które musimy spełnić przed przyjęciem Euro w Polsce są następujące:

  1. Inflacja – stopa inflacji, czyli wskaźnika wzrostu cen konsumpcyjnych, w naszym kraju musi być zbliżona do stóp 3 krajów członkowskich, które mają najlepsze rezultaty w dziedzinie stabilności cen (najniższą inflację); przekroczenie nie może być większe niż 1,5%; Rada Polityki Pieniężnej, której zadaniem jest przede wszystkim dbanie o stabilność polskiego pieniądza, jest w stanie sprostać temu wyzwaniu – stara się, by była ona jak najbardziej zbliżona do wystarczającego poziomu 2,5 procent (obecnie inflacja w Polsce wynosi 4%, ale według prognoz ekonomistów w najbliższym czasie ta sytuacja powinna się unormować).
  2. Deficyt budżetowy – musi wynosić maksymalnie 3% naszego PKB; dopuszczalne są niewielkie odchylenia przy tendencji spadkowej; Polska objęta jest obecnie unijną procedurą nadmiernego deficytu ze względu na deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych powyżej 3% PKB (deficyt w 2010 szacowany jest na 7,9% PKB); to jeden z najtrudniejszych dla Polski kryteriów do spełnienia ze względu na wysokie odchylenie od wymaganej wysokości deficytu i brak restrykcyjnych reform i oszczędności ze strony rządu
  3. Dług publiczny musi wynosić maksymalnie 60% PKB; są możliwe odchylenia przy tendencji spadkowej; nasz dług wynosi obecnie 55,5% PKB więc mieścimy się w normie (nasza norma konstytucyjna to również 60%PKB)
  4. Długoterminowa stopa procentowa – jest ona liczona na bazie 10-letnich obligacji państwowych; powinna być zbliżona do 3 najlepszych krajów członkowskich wg kryteriów inflacji; przekroczenie jest dopuszczalne i wynosi do 2%; ta stopa wynosi obecnie 5,8% i jest o 0,6 pkt. proc. wyższa od wartości referencyjnej
  5. Stabilny kurs wymiany waluty w ciągu ostatnich 2 lat – wahania kursów walut nie mogą przekroczyć +/-15% do ustalonej początkowo wartości (nasza waluta musi uczestniczyć w mechanizmie kursowym ERM2 w ramach powyższego przedziału wahań przez minimum 2 lata bez dokonania dewaluacji – będziemy gotowi wejść do ERM2 około roku 2012)
  6. Członkostwo w Unii Europejskiej  – kryterium spełnione od 2004r.
Trudno przewidzieć, kiedy Polska przystąpi do strefy euro. Wstępnie podaje się często rok 2014 ze względu na kryteria (zaznaczone na czerwono), z których spełnieniem mamy problem.
Obecnie większość Polaków jest przeciwna wprowadzeniu euro. Często bywa, że opinia na temat euro wynika z przykładów sytuacji w innych krajach po wprowadzeniu wspólnej waluty (np. Grecja). Najczęstszymi obawami Polaków co do euro są podwyżki spowodowane możliwym zawyżaniem cen (np. zaokrąglanie cen w górę), osłabienie suwerenności Polski poprzez utratę możliwości prowadzenia polityki monetarnej przez bank centralny oraz koszty zmiany waluty (np. konieczność wymiany drogich kas fiskalnych we wszystkich sklepach). Trzeba jednak pamiętać, że podwyżki w Polsce będą mniejsze niż w innych krajach, które przyjęły euro – jesteśmy wciąż niezamożnym społeczeństwem więc spowodowałyby one spadek popytu, a tym samym zmniejszenie zysków sprzedawców w długim okresie. Ponadto NBP gwarantuje restrykcyjną kontrolę cen – m.in. zostanie wprowadzony obowiązek podawania dwóch cen przy metkach w pierwszych miesiącach od wprowadzenia euro.
Warto też pamiętać o wielu zaletach, które przyniesie nam wspólna waluta. To nie tylko ułatwienie dla turystów i handlowców (brak konieczności wymiany waluty), ale też zlikwidowanie olbrzymich kosztów przewalutowania (wymiany waluty w kantorach) w skali całego kraju. Brak ryzyka walutowego to również kolejna korzyść – już nie będzie możliwe stracić na zmianie kursu walutowego, co jest pozytywną wiadomością zwłaszcza dla przedsiębiorców.
Nie bójmy się euro! Warto wziąć pod uwagę wszystkie zalety i wady zmiany waluty, a nie oceniać jedynie z perspektywy nielicznych krajów, w których euro spowodowało koszty. Bo euro to przede wszystkim korzyści – dla każdego. Warto jeszcze pamiętać, że złoty obowiązywał w Polsce jedynie około 30lat – nie powinniśmy być więc do naszej waluty szczególnie przywiązani, a tym bardziej postrzegać wymianę jako zamach na naszą suwerenność. Ja w referendum nad wprowadzeniem euro w Polsce zagłosuję na „tak” – i zachęcam do przemyślanej decyzji innych.

Płacz i płać! Czyli o systemie podatkowym w Polsce

Zadania państwa i źródła ich finansowania

Niewielu kwestii w życiu można być pewnym, może z wyjątkiem przykrego obowiązku… płacenia podatków. Państwo spełnia wiele pożytecznych funkcji, jak na przykład gwarantowanie bezpieczeństwa obywatelom, prowadzenie działalności pomocowej(zasiłki dla najuboższych, pomoc rodzinie) czy zapewnienie bezpłatnego lub częściowo płatnego(w Polsce) dostępu do wymiaru sprawiedliwości, szkolnictwa czy służby zdrowia. Państwo bezpośrednio nie wytwarza dochodu, w związku z tym musi ono zapewnić sobie przychody na pokrycie wyżej wymienionych zadań.

Główne źródła dochodu budżetowego państwa to:
- podatki (największe dochody zapewnia VAT)
- opłaty (np. za usługę sędziego)
- cła (opłata pobierana przez państwo w związku z przemieszczaniem towarów przez granicę)
- wpłaty z zysku Narodowego Banku Polskiego
- dochody z majątku publicznego (np. z wynajmu lokalów czy zysków przedsiębiorstw państwowych)
- odsetki (np. od lokat terminowych ustanowionych ze środków zgromadzonych na rachunku bieżącym budżetu państwa)
- kredyty (rodzajem zaciągania kredytu przez państwo jest emisja papierów wartościowych – obligacji i bonów skarbowych, czyli zaciąganie kredytu u ich kupców, rodzajem oprocentowania za ten „kredyt” są odsetki, wypłacane wraz z jego kwotą po upływie określonego terminu; oczywiście państwo może też poprosić o standardowy kredyt instytucje finansowe, jednak obecnie jest to rzadkość)
- subwencje i dotacje (np. z UE)
Państwo ma także każdego roku wpływy z prywatyzacji majątku skarbu państwa (np. sprzedaż stoczni), jednakże zaliczamy je do przychodów budżetu a nie do dochodów budżetowych.

Zródło: Gazeta. pl Giełda

Niższe podatki?

Z tezą, że na utrzymanie państwa konieczne jest pobieranie podatków, zgadza się wielu respondentów bo to one przecież są głównym źródłem jego dochodów, ale mają oni wątpliwości co do ich wielkości. Kolejne rządy zapewniają nas, że obniżą podatki. Często jest to jednak tylko chwytliwe hasło a do realizacji obietnic nikt się za bardzo nie pali,  a wręcz przeciwnie – obecny rząd podwyższył ostatnio stawkę Vat w wyniku katastrofalnej sytuacji finansów publicznych. Czy naprawdę nie da się obniżyć podatków?  Odpowiedz brzmi: tak, o ile znajdzie się alternatywne źródła finansowania lub ograniczy ilość bezpłatnych usług gwarantowanych przez państwo. Niektóre kraje np. USA wprowadziły niskie podatki. Stanowią tam one 27% PKB, podczas gdy w Polsce blisko 44% a w Szwecji aż 52%. Obecne stawki podatkowe w USA wynoszą od 10% dla zarabiających do 8 tysięcy dolarów rocznie ( ok. 21.200 tys. zł)  do 35% dla zarabiających powyżej 370 tysięcy(980.500 tys. zł). Niestety, niewiele jest w USA  usług finansowanych przez państwo. Przykładowo, ubezpieczenia zdrowotne są dobrowolne, jednak aby móc iść do lekarza, choćby pierwszego kontaktu, trzeba je posiadać, co rodzi wiele patologii. Wielu osób zwyczajnie na nie nie stać lub jedynie na podstawowe, które nie pokrywają kosztów np. operacji a i w grupie dobrze usytuowanych ludzi stosunkowo duży odsetek nie ma wykupionego ubezpieczenia.  Z kolei Szwecja gwarantuje szeroką gamę usług bezpłatnych i na wysokim poziomie lecz odbywa się to kosztem bardzo wysokich podatków.  Kraj ten przeznacza na cele socjalne 27% swojego PKB i jest to jeden z najwyższych na świecie poziomów. System podatkowy funkcjonuje tam na dwóch poziomach: komunalnym( gminnym) i  państwowym. Osoby z dochodem do 31.600 kr miesięcznie (ok. 13.904tys. zł). Powyżej tej kwoty należy jeszcze dodatkowo uiścić podatek państwowy w wysokości 20%. Patrząc na powyższe przykłady, wiele osób pozostanie jednak zwolennikami średnich podatków i częściowo bezpłatnych usług, jak to ma miejsce w Polsce, choć wszystko zależy od pozycji społecznej, wieku itp. Młodzi Polacy, zwłaszcza myślący o własnych biznesie, coraz częściej są zwolennikami państwa minimalnego, gwarantującego niewiele usług lecz niskie podatki.

Na szczęście, podatki nie mogą rosnąć w nieskończoność bo w końcu któraś podwyżka może spowodować… spadek przychodów budżetowych. Jak to możliwe? Po przekroczeniu pewnej wysokości stóp podatkowych obniża się stopa wzrostu gospodarczego oraz produktywność gospodarki tak, że następuje spadek łącznych przychodów państwa. Zbyt wysoka stopa podatkowa demobilizuje bowiem aktywność  pracowników, wolą oni mniej pracować bo ich dochody spadają. Z kolei przedsiębiorcy mniej inwestują, bo ich zysk po opodatkowaniu maleje.  Tak więc w wyniku zmniejszenia się ilości pracy, inwestycji, spadku dochodów (będących podstawą opodatkowania) spadają dochody podatkowe państwa. Stawki podatkowe muszą więc być tak dobrane aby nie spowodować spadku ogólnej efektywności gospodarki.

Rodzaje podatków w Polsce i stawki podatkowe

Podatek dochodowy od osób fizycznych – PIT

To  podatek  najbardziej powszechny, gdyż obejmuje indywidualne dochody ze wszystkich źródeł oprócz gospodarstw rolnych. Rolnicy nie płacą bowiem podatku dochodowego (odpowiednikiem jest podatek rolny – od hektaru). Jest to podatek progresywny (zależny od wielkości dochodu). Obecnie mamy 3 stawki podatkowe: 0%, 18% i 32%. Kwota wolna od podatku wynosi obecnie około 3500zł, powyżej tej kwoty należy odprowadzić podatek 18% a powyżej dochodów 86000zł należy odprowadzić 32%. 

Podatek dochodowy od osób prawnych – CIT

Obecnie stawki są bardzo korzystne, stąd tez przedsiębiorstwa nie mają problemów z odprowadzaniem CITu. Jego znaczenie jest niewielkie, dostarcza zaledwie 5% dochodów państwa.

Podatek od towarów i usług – VAT

Ustawa o wprowadzeniu podatku od towarów i usług weszła w życie w 1993r.  Jest to podatek od wartości dodanej, który płacą w całości klienci, ostateczni nabywcy (zawarty w cenie). Jest on odprowadzany przez sprzedawców i producentów. Stawki zależą od rodzaju dóbr i usług i wynoszą: 0%, 5%, 8% i 23%.

Podatek akcyzowy

Jest ustanowiony w formie dopłaty do ceny i obejmuje dobra uznane za luksusowe lub szkodliwe np. alkohol, papierosy, benzyna, samochody luksusowe (o pojemności silnika powyżej 2,2l.). Stawka wynosi 20% od ceny samochodu oraz 2% w przypadku innych dóbr.

Ceny cukru a zmowa cenowa

Co pewien czas media nagłaśniają gwałtowne wzrosty cen różnych produktów, często odpowiedzialność za to zjawisko zrzucając na producentów. Tak było niedawno z cukrem – jego cena urosła do niebotycznych rozmiarów i od razu pojawiły się przypuszczenia, że polskie firmy zawiązały zmowę cenową, czyli wspólnie ustaliły cenę cukru, nie dopuszczając do jej obniżki. W powyższym przypadku jednak najprawdopodobniej przyczyną podwyżki był zbyt mały limit produkcyjny ustalony przez Unię Europejską dla Polski, co w połączeniu z wysokimi notowaniami cukru na świecie wywindował cenę w sklepach do 5 – 6 zł za kilogram. Powodem zwyżki był też nadmierny eksport cukru w porównaniu z wielkością produkcji oraz gwałtowna reakcja konsumentów na podwyżki (robienie domowych zapasów). Obecnie ceny cukru zaczęły spadać dzięki interwencji Komisji Europejskiej (zwiększenie limitów). Pomimo powyższych argumentów sprawę wzrostu cen cukru w polskich sklepach pod kątem spekulacji bada Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W wielu przypadkach dochodzi jednak do zmowy cenowej sprzedawców, stąd też przypuszczenia UOKiK nie są zupełnie bezpodstawne. Ta zmowa cenowa to inaczej kartel. Na czym polega? Kartel to organizacja niezależnych, często konkurujących wcześniej ze sobą, producentów dążących do wypracowania wspólnej polityki cenowo – ilościowej w celu maksymalizacji wspólnego zysku. Innymi słowy producenci chcą sprzedać więcej po wyższej cenie i tym samym powiększyć przychody. Czy to możliwe? Tak, o ile będą oni przestrzegać przyjętych wcześniej ustaleń, dotyczących ceny dobra i sprzedawanej ilości. Każdy przedsiębiorca w kartelu może sprzedawać tylko tyle produktów, ile pozwala mu wyznaczona kwota produkcyjna, nie może też zawyżać ani zaniżać nałożonej z góry na te dobra ceny. Spełnienie tych warunków przez członków kartelu prowadzi do rzeczywistego zwiększenia ich przychodu. Przedsiębiorstwa te działają tak, jakby były monopolem, czyli jedynym producentem dobra na rynku, które nie ma zamienników, i jednocześnie cenodawcą. Konsumenci są wiec w trudnej sytuacji, gdyż muszą kupować dane dobro po zawyżonej cenie. Taka sytuacja nie trwa jednak w nieskończoność. W końcu któreś z przedsiębiorstw odkrywa, że właściwie opłacałoby się mu bardziej sprzedać więcej dóbr, zarobiłby przecież więcej przy zawyżonej cenie. Z czasem każdy z producentów zaczyna oszukiwać, nie przestrzegać ustalonych limitów. Większa ilość dobra na rynku z czasem powoduje spadek ceny (konsumenci nie potrzebują tak dużo dóbr) i kartel zostaje rozwiązany.

Wzrost płacy = więcej pracy?

Na podwyżkę zarobków chyba każdy z nas reaguje pozytywnie. Co innego, jeżeli chodzi o  zwiększenie czasu pracy – z narzucenia nowych obowiązków nikt się raczej nie cieszy. No chyba, że narzuci je sobie sam. Okazuje się, że jest wśród nas wielu ludzi, którzy dobrowolnie chcą więcej pracować. I nie myślę w tym miejscu o pracoholikach. To, ile czasu chcemy spędzać w pracy  zależy od wielu czynników np. od wielkości naszej konsumpcji czy standardu życia, jakim się zadowalamy.

Więc wiemy już, chociaż to wydaje się niewiarygodne, że czasami ludzie wolą więcej pracować niż odpoczywać. Jak takie osoby zareagują na wzrost ich płacy? Jeżeli mają taką możliwość zadecydują o zwiększeniu ich czasu pracy. Większa pensja oznacza bowiem wzrost nagrody za każdą przepracowaną godzinę, co zachęca ich do wypracowania nadgodzin. Więc nie dość, że za każdą jednostkę pracy dostają więcej pieniędzy to mają świadomość wysokiego kosztu alternatywnego związanego z czasem wolnym. Jest on po prostu względnie „drogi” w momencie, kiedy zarabiamy więcej. I są wśród nas tacy, którzy z taką stratą nie mogą się pogodzić perspektywa większych zarobków jest dla nich nieodpartą pokusą. Kto należy do tej grupy pracowników? Często mężczyźni, którzy utrzymują samodzielnie rodzinę, osoby młode, „na dorobku”, które chcą się usamodzielnić. Wzrost ilości pracy w wyniku wzrostu płacy ekonomia nazywa efektem substytucyjnym (substytut=zamiennik).

Dla innych z kolei ludzi większa płaca oznacza mniejszą konieczność pracy bo przecież zarabiają więcej. Mają oni potrzebę zwiększenia konsumpcji a więc i ilości czasu wolnego. W wyniku tego, jeżeli mogą, pracują mniej. Do tej grupy należą np. kobiety, które mają małe dzieci i wolny czas jest dla nich bardzo wartościowy. Taki efekt wzrostu płacy ekonomia nazywa efektem dochodowym.

W skali gospodarki ekonomia zakłada, że gdy rosną zarobki przeważa efekt substytucyjny i rośnie podaż pracy, czyli zapotrzebowanie na pracę, jakie określają gospodarstwa domowe.